Stereotypy i katolicyzm

Dziś trochę o stereotypach. Co ciekawe, trudno mi napisać o nich, samej nie odwołując się właśnie do uproszczeń. Tym bardziej, że gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie, a rodaków z tym tematem związanych i mających własne zdanie mamy ładnych kilka milionów.

stereotypy

Jak wiadomo nauczycielki świetlicy (potocznie zwane świetliczankami) nie robią w pracy nic poza plotkowaniem i piciem kawy (ale to temat na inną notkę). Siedziałam sobie więc z koleżanką i rozmawiałyśmy, ogólnie o życiu. W pewnym momencie opowiadała mi o swoim mężczyźnie. I padły słowa „(…) i chciałam pójść do kościoła, to dla mnie ważne…„. Zaraz po tym wyznaniu nastąpiła pauza i spłoszone spojrzenie, jakby powiedziała za dużo i teraz spodziewała się z mojej strony… ataku? Drwiny? Otrząśnięcia się z obrzydzeniem? Naprawdę nie wiem.
I kiedy tak sobie o tym myślę, to w sumie nie pierwsza taka reakcja, którą widzę. Mam dużo czasu na dumania, więc i nad tym się zastanowiłam.

Doszłam do wniosku, że znakomita większość moich znajomych, będąca praktykującymi katolikami, raczej nie mówi o tym głośno. Żyją swoim życiem, chodzą na msze, świętują zgodnie ze swoimi zwyczajami. Po prostu cieszą się nieskrępowaną możliwością korzystania ze swojej wiary. I nikogo nie nawracają na siłę, do niczego nie chcą namawiać ani niczego udowadniać. Chociaż czują się dobrze, gdy mogą komuś pomóc czy porozmawiać o Bogu. Niemniej jednak nie rzucają się z pazurami na każdego, jak tacy jedni, co dzwonią do drzwi i koniecznie chcą porozmawiać. Po prostu są i swoim życiem dają własnej wierze chyba najlepsze świadectwo.

Dlaczego zatem tak bardzo obawiają się reakcji innych na to, że praktykują? Otóż z tego co wiem, sądzą, że bycie katolikiem jest teraz zwyczajnie niemodne i nie chcą wyjść na staroświeckich, ciemnych i co za tym idzie wyśmiewanych. Nie wyrzekają się, nie wstydzą, nie chowają głowy w piasek. Po prostu zwyczajnie chcą uniknąć bezowocnych przepychanek, jeśli to możliwe. Większości niepraktykującego społeczeństwa (nadal bazuję na swoich obserwacjach) katolik kojarzy się bardziej z katolem, a jeszcze bardziej ze staruszkami w beretach z wiadomego materiału, które wykrzykując inwektywy (i to najczęściej takie, które im nie przystoją), prawie przykuły się do krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Kolejna migawka ze skojarzeń, to liczne obecne w telewizji skandale, związane z tymi, którzy wiarę tę mieli krzewić i bronić jej. Tak jak w tym dowcipie, gdzie jeden mężczyzna w parku wykrzykuje „Złodzieje! Kłamcy! Pedofile!”, na co drugi pyta „Panie, coś Pan się tak tych księży przyczepił?”. Teraz tak właśnie odbiera się wszelkie duchowieństwo. Jak w takim wypadku ci, którzy sami potrzeby wiary nie odczuwają, mają sobie katolików kojarzyć dobrze? Ich umysły bombardowane są takimi skojarzeniami.

Zatem moi drodzy niepraktykujący, którzy to denerwujecie się czasem zupełnie bezpodstawnie, gdy ktoś wyzna Wam, że uczęszcza do kościoła. Apel do Was. Macie absolutne prawo do osądzać ludzi dookoła. Każdy ocenia styl życia bliźnich tak, jak ma na to ochotę. I może myśleć o innych co tylko chce.
Mam tylko dwa ALE.

Po pierwsze, raczej przestańcie kierować się stereotypami (powiedziała ta, co właśnie dzieli ludzi na Wy i Oni). Bo gorliwa fanka Ojca Rydzyka, która wypacza swoją wiarę na różne sposoby czy ksiądz przywłaszczający sobie złotówki z tacy na nowego Rolsa, którym będzie imponował młodym chłopcom w wiadomym celu, nie mają wiele wspólnego z prawdziwym chrześcijaninem. Z taką, przykładowo, uroczą matką dwójki dzieci, którą po prostu czerpie, wraz ze swoją rodziną, radość z tego, w co wierzy. Ani z tym, co w odcieniu szarości jest pomiędzy – od gorliwego sługi bożego po chytrą babę wiadomo skąd. A mieści się tam sporo.
Po drugie, nawet jeśli macie już takie, a nie inne, zdanie o tych, co wierzą, to nie atakujcie ich za to. Bo żaden z Was Neron, żebyście kogokolwiek sądzili za jego wiarę. I też czasy te już dawno minęły, przynajmniej w Polsce. Możecie wyrażać swoje zdanie, dyskutować, pytać. Rozmawiać. Ale nie wyszydzajcie, nie drwijcie, nie naskakujcie od razu agresywnie.

Jak zwykle taki temat ma też drugą stronę medalu. Stereotypy, a właściwie rozmowa o nich, już taka jest.

Kolejna część moich znajomych (mówiłam, znam wielu ludzi) ma odwrotnie – nikomu nie wadzą swoim niepraktykowaniem żadnej wiary lub praktykowaniem mało konkretnym i systematycznym (ograniczającym się właściwie do zaniechania pracy w święta kościelne, kiedy to wszyscy mają ustawowo wolne), a są atakowani przez zagorzałych i ortodoksyjnych katolików pod pretekstem nawracania. I taka sobie na przykład grzeczna i miła para mieszkająca razem bez ślubu obrzucana jest przez sąsiadkę dewotkę najróżniejszymi inwektywami, z których „grzesznicy” jest najłagodniejsze. I nie wiem, czy tego typu ataki to dobry sposób na nakłonienie do wiary…

I tu mam takie same dwie rady jak poprzednio. Po pierwsze, drodzy katolicy (ach te stereotypy!) – nie oceniajcie człowieka tylko po tym, że nie wyznaje tego co Wy lub wyznaje w inny sposób. Czasy inkwizycji oraz nawracania ogniem i mieczem też minęły już dawno. A po drugie, jak już oceniliście, starajcie się zachowywać kulturalnie i cywilizowanie. Nie nawracajcie na siłę. Jeśli możecie, zachowajcie swoje zdanie dla siebie. A jeśli już wywiąże się rozmowa, to swoje uszczypliwości i złośliwości odłóżcie na bok, są nikomu niepotrzebne.

Owszem, nawołując do porzucenia uogólnień sama stosuję stereotypizację. A przecież świat ma tak wiele odcieni szarości! I w tym tkwi jego piękno. Szkoda, że ułatwiając sobie jego odbiór (co często pomaga oczywiście, jako mechanizm), nagminnie niszczymy to piękno we własnych oczach.

W ogóle takie postępowanie (oceniaj człowieka jako konkretną jednostkę, a jak Ci się nie podoba, to nie krytykuj dla samego wyżycia się) zalecam we wszystkich dziedzinach życia, nie tylko religijnego.
Lubisz ubierać się tylko w brązy? Masz prawo, ale nie potępiaj wielbicieli krzykliwych kolorów. Im też wolno. Uwielbiasz gotować i nie wyobrażasz sobie posiłku nie przyrządzonego własnoręcznie? Świetnie! Ale nie traktuj żywiących się w restauracjach jak wyznawców szatana. To ich wybór. Przykłady można mnożyć, może kiedyś się tym zajmę.

Każdy ma swoje życie. I dopóki świadomie nie krzywdzi innych (nie tylko ludzi), ma prawo do własnych wyborów i własnego stylu. I zasługuje na szacunek. Wszyscy zasługujemy.

  • Czarna Owca

    Katolicy, przez pewne ecie pecie polityczne, stali się ludźmi,których nie ocenia się przez pryzmat tego jak wierzą tylko na co wpływ ma ich wiara. A w Polsce stety bądź niestety, moherki (nazywam tak grupę dla skrótu myślowego, fanatycznie wierzący katolicy jest za długie:P) starają się zmieniać kraj pod swoją modłę. Fanatyzm,obojętne jakiej religii dotyczy,przeważnie jest czymś złym albo ciężkim w odbiorze dla otoczenia.
    Stąd, bogu ducha winni ludzie wierzący, bez względu na to czy chcą na siłę wszystkich nawracać, czy jest im to obojętne jak sobie żyje ich sąsiad (oczywiście są też granice obojętności, bo nie wyobrażam sobie, że można być obojętnym w obliczu krzywdy drugiego człowieka), wrzucani są do worka razem z tymi, którzy z obłędem w oczach i pianą na ustach rzucają się na kociołapie związki, homoseksualistów, aborcje (chociaż tu się akurat zgadzam, że jeżeli zdrowiu psychicznemu lub fizycznemu matki ciąża nie zagraża, to ta mikroistotka powinna mieć prawo do życia jak każdy inny człowiek), in vitro i przenoszenie krzyży w inne miejsca.
    Mam to szczęście,że trafiam na ludzi,którzy wierzą ale nie narzucają mi swoich poglądów. Którzy może czasami myślą o mnie różnie ale nic nie powiedzą, bo wiedzą, że człowiek ma prawo błądzić. Którzy mnie akceptują taką jaka jestem a jednocześnie są przeszczęśliwi, kiedy drogą długotrwałej dedukcji (oporna jestem,a co:P) zmieniam poglądy i podejście do wiary, Kościoła i tradycji rzymsko – katolickich.
    Może chcieliby być apostołami przez duże A, i uczyć mnie wiary i miłości do Boga (tego akurat nie muszą) ale wiedzą jaka jest obecna sytuacja Kościoła w Polsce, że cierpliwość (która cnotą jest) przyniesie większy efekt. Ci ludzie są dla mnie wzorem, dzięki nim właśnie uczę się na nowo jak to jest być wiernym.
    Myślę, że stereotypy to problem ludzi, którzy są niedojrzali emocjonalnie (jak ja przez jakiś czas) bądź po prostu zbyt ograniczeni, by umieć spojrzeć na problem z większej perspektywy. Owszem, wygodnie jest odciąć się od czegoś „bo tak”, nie zapytać samego siebie „dlaczego?” tylko przyjąć ogólnie panujący trend na bycie anty (znajomi mnie wyśmieją jak będę mieć inne zdanie), bo jak część całości jest zła, to najlepiej uogólnić (tyczy się to obu skrajnych grup, beretek i gniewnych). Coś jak obecna sytuacja z imigrantami – Polacy są na nie, a nie potrafią postawić się na miejscu ludzi, którzy uciekli przed demonami wojny (tak, wiem – spora część uchodźców nie zasługuje na to miano, ale to nie znaczy, że wszyscy od razu są źli albo/i chcą do Niemiec),nie próbują nawet oddzielić ziarna od plew.
    Chyba trochę oddaliłam się od sednaxD W każdym razie, uważam,że nie ma czegoś takiego jak stereotypy… Są tylko uprzedzenia wynikające z braku chęci myślenia (albo braku umiejętności myślenia). Hej. Nie bójmy się powiedzieć o sobie, głupi jestem. Powiedzmy to głośno,pogódźmy się z tym i zróbmy coś,żeby to zmienić. Można akceptować katolików i jednocześnie być przeciwnikiem wpływu Kościoła na prawo panujące w Polsce, być uprzedzonym do księży itd. I odwrotnie – chcieć zmian, które sprawią, że ludzie mogą stać się lepsi w naszym mniemaniu ale miłować i akceptować bliźniego swego, bez względu na jego poglądy i wybory życiowe, nie zawsze zgodne z doktryną Kościoła.

  • Masz rację, każdy ma prawo do własnego zdania, czy wyznania i nie powinien krępować się; czy peszyć na wypowiedziane zdanie, że był w Kościele. Niestety, jeszcze trochę czasu minie, zanim będzie to możliwe.