„Światło Tybetu” E. Scarborough – recenzja

W lipcu tego roku dostałam w swoje łapki siatkę książek. Dosłownie. Była tam między innymi, wydana dla Biblioteki Fantastyki, dylogia „Światło Tybetu” Elizabeth Ann Scarborough. Sięgnęłam po nią w pierwszej kolejności, podświadomie kojarząc grafikę okładki z Pratchetem i jego Światem Dysku. Jak oceniam te książki?

Swiatlo_TybetuPragnę zaznaczyć oczywiście, że jest to moja bardzo stronnicza opinia i absolutnie jej nikomu nie narzucam. Wręcz chętnie poznam osoby, które będą miały skrajnie różne ode mnie emocje związane z odbiorem utworu. Zapraszam do dyskusji.

Pierwszą część, „Nic świętego”, czytałam nad morzem. A tam wiadomo, na lekturę dużo czasu nie ma. Niemniej jednak są sytuacje, kiedy na chwilę można chwycić książkę i przelecieć kilka stron.
Generalnie dzieło to opowiada o amerykańskiej dziewczynie, Vivece Vanachek, która jako wojskowy kartograf zostaje podczas wojny zestrzelona w samolocie nad Azją Środkową. Trafia do obozu jenieckiego w Himalajach, gdzie spotyka innych więźniów, pracujących nad zagadkowymi wykopaliskami. Dalej następują wiekopomne wydarzenia i spełnienie się buddyjskich (i nie tylko) przepowiedni. Szczegółów zdradzać nie będę.
Niesmak poczułam już praktycznie na samym początku, ale do bardzo subiektywnych reakcji mam prawo. Najgorsze jednak było przede mną. Autorka kręci, kluczy, kombinuje i generalnie robi wszystko, żeby obecna w fabule tajemnica wyjaśniła się jak najpóźniej. Co prawda dla wprawionego w odkrywanie sekretów czytelnika pewne sygnały są bardzo oczywiste, niemniej jednak jesteśmy trzymani w niepewności bardzo długo. Problem w tym, że jak na mój gust zbyt długo oraz za bardzo na siłę. Wprowadzanie zdarzeń bez znaczenia tylko po to, by oddalić wyjaśnienie zagadki nawet nie w czasie, co po prostu w ilości stron, w pewnym momencie zaczęło działać mi na nerwy. Mimo pojawiających się tu i ówdzie przebłysków humoru, nastąpił moment, kiedy samo rozwiązanie oraz losy bohaterów przestały mnie już interesować, a jedyne, czego chciałam się dowiedzieć, to czy miałam rację i dobrze się wszystkiego domyśliłam (i tak, rozumowałam słusznie). I niestety, odczułam ulgę, kiedy skończyłam czytać książkę. Ulgę, że już nie muszę jej czytać.

Co mnie podkusiło, żeby wziąć się za drugą część, „Ostatnie schronienie”, do tej pory nie wiem, ale serdecznie żałuję. Może moja nieśmiertelna nadzieja, że druga część może ratować serię? Może jakieś naiwne postanowienie, że raz rozpoczętą książkę należy skończyć czytać (które złamałam do tej pory dwa razy i prawie prawie właśnie skusiłam się na trzeci)? Naprawdę nie mam pojęcia czemu sobie wzięłam ten ciężar na głowę.
Część druga opowiada losy świata po opisanym w pierwszym tomie wiekopomnym wydarzeniu i po spełnieniu się kilku przepowiedni. Następuje seria wydarzeń z nową bohaterką, która ma za zadanie spełnić parę kolejnych proroctw i wybawić garść istnień niczym Steven „Ratuję świat solo” Seagal. Chime Cincinnati Merridew, bo tak nazywa się postać, jest święta, jako jedyna może ocalić życie na Ziemi, wszyscy jej ufają i bez wahania podążają za nią gdzie tylko im powie. Ojej ojej.
I tak niestety w całym utworze. Bohaterowie byli jednowymiarowi, płytcy, nudni. Od razu było wiadomo kto okaże się dobry, a kto zostanie czarnym charakterem. Zero zaskoczeń, zwrotów akcji, wszystko szablonowe. I co najważniejsze – nie było już siły napędowej pierwszej części, czyli zagadki. Żadna tajemnica nie kazała mi czytać kolejnych stron, żeby się dowiedzieć co było dalej. Miałam kompletnie w nosie co się zaraz wydarzy, kto zginie a kto nie, kto się z kim skontaktuje i w kogo wcieli. Po prostu bardzo chciałam skończyć czytać, bo było to takie niemrawe, nużące i po prostu drętwe. Mam na półce do pochłonięcia tyle książek, o których już wiem, że będą wciągające, a musiałam się borykać z czymś tak… mizernym. Brnęłam dalej tylko po to, żeby się uwolnić i mieć to z głowy.

Owszem, cała dylogia ma swoje udane momenty. Ma kilka nawiązań do innych dzieł kultury (książek, filmów itp.), które chciałoby się od razu poznać (to znamienne, że bardziej niż samą książkę chce się czytać inną, w tej pierwszej opisaną) czy przebłyski humoru zarówno słownego czy sytuacyjnego. Ale ogólnie niestety „dzieło” jest przydługie, rozwlekłe, wbrew pozorom niezbyt głębokie i po prostu… męczące.

Ogólna ocena niziutka:

„Nic świętego”: 3/10

„Ostatnie schronienie”: 2/10


Recenzja ta ukaże się również na portalu Lubimyczytac.pl.

  • Ayer

    Widzisz moja Droga, nie każda książka nadaje się do czytania. Czasami można trafić na takie oto potworki. I zostaje czytać na siłę albo rzucić to w diabły. Ja stosuję trzecią metodę, szczególnie na aktualnej pozycji. Mimo, że moja książka zaczęła się z przytupem i zaczęłam ją pochłaniać z przyjemnością, w połowie okazała się zupełnie inna. Nudna, ni jaka, a bohaterowie zaczęli mnie irytować swoją postawą i charakterami. W takich chwilach książka ląduje na półce z zakładką w miejscu, gdzie skończyłam. I tak leży, leży, leży… Aż się nie zlituję i jej nie skończę, bo nie jestem w stanie czytać nic innego. Wtedy też toczę ze sobą walkę o to jak bardzo zależy mi na poznaniu zakończenia. Jeśli nie bardzo to książka wraca skąd przyszła, a ja z czystym sumieniem łapię się za następną 🙂
    Podziwiam Cię, że chciało Ci się skończyć pierwszy tom (wnioskuję po Twojej opinii, bo sama jej nie miałam w łapkach). Już nie wspomnę o moim zdziwieniu, że pomimo takiej oceny złapałaś kolejny tom i do tego go skończyłaś! Szacuneczek! Naprawdę, ja bym chyba nie dała rady się zmusić.
    Ps. Masz odlotową zakładkę 😉

  • Chyba dobrze, że nawet na nią nie wpadłyśmy. Rzadko kiedy zdarza nam się porzucać książki w połowie, jednak czasem robimy wyjątek od reguły i, jeżeli przez pierwszych kilkanaście stron książka nas nie wciągnie, bez żalu odkładamy ją na półkę lub oddajemy do biblioteki (bo zazwyczaj stamtąd wypożyczamy nieudane do końca pozycje). Zakupy książkowe traktujemy bardzo serio i rzadko kiedy trafiamy na literackie gnioty. Na szczęście!