Rodzic, który przychodzi i żąda

Ponieważ pracuję w zawodzie, w którym życzenia „Szczęśliwego nowego roku” dostaję również we wrześniu, postanowiłam podzielić się z Wami swoim spostrzeżeniem na temat ważnego elementu oświaty. Mówię o rodzicach moich służbowych dzieci.

W dniu dzisiejszym miałam wiele do czynienia z rodzicami, którzy (wraz ze swymi pociechami) trafili do nowej dla nich placówki oświatowej i byli mocno zagubieni. Ponieważ w przedszkolu były śniadania, a tu nie ma, tam nie było ubezpieczenia, a tu jest, wcześniej były dwie „ciocie”, a teraz jest jedna pani wychowawczyni, a w ogóle poprzednio stoliki, a teraz ławki. Zatem przychodzą i pytają, pytają, pytają, a ja muszę odpowiadać po sto razy na to samo. I nie, nie nudzi mi się to, lubię kontakt z ludźmi. Raczej zastanawiają mnie skrajnie różne reakcje na te same odpowiedzi. Przypominam sobie podobne Pierwsze Dni z lat poprzednich i nasuwa mi się wiele zbliżonych obrazków. Zgodnie z tymi doświadczeniami mogę podzielić rodziców na kilka kategorii. Dziś nie zamierzam opisywać wszystkich, chcę skupić się na jednym rodzaju. Na rodzicu, który da się zauważyć od wejścia i którego zapamiętuje się długo po jego wyjściu. I to bynajmniej nie pozytywnie. Uczciwie uprzedzam, że czytania będzie dużo.

Rodzic roszczeniowy, bo to o nim mowa, to mój zdecydowanie najmniej ulubiony typ „klienta”. I od razu sobie wyjaśnijmy – nie chodzi tu o rodzica świadomego własnych i dziecka praw i obowiązków i o te prawa skutecznie walczącego, bo taki jest gotowy na pewne kompromisy. Rodzic roszczeniowy to taki, którego nie interesują ani możliwości i ograniczenia placówki, ani rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa, ani wymagania programowe, ani procedury i regulaminy obowiązujące w szkole, ani inne dzieci wraz z rodzicami, a już najmniej nauczyciele.
Rodzic roszczeniowy wchodzi i ŻĄDA. Nie prosi, nie pyta, nie rozmawia. Nie zastanawia się nad tym, czy rzecz, jaką proponuje, jest w ogóle możliwa do wykonania, nie uwzględnia niczego poza swoim i/lub dziecka chceniem. I w takim momencie sama nie wiem co mam z tym żądaniem zrobić. Tym bardziej, że większość tychże wymagań nawet nie powinna być kierowana do mnie, bo nie ja o ich spełnieniu decyduję.
Dodatkowo nie wiem jak innym nauczycielom, ale mnie osobiście włączają się dwa mechanizmy. Pierwszy to Mechanizm Rybki Nadymki. Od razu pokazuję kolce i nawet jeśli staram się być grzeczna, to zdecydowanie przestaję być miła i chyba całą sobą pokazuję „Idź sobie już i przestań się wydurniać”. Drugi to Mechanizm Przekory. Gdy rodzic żąda zamknięcia okna już teraz natychmiast bo tak, to mam ochotę pobiec, otworzyć wszystkie okna i drzwi na korytarz, a nawet dmuchać, żeby był jeszcze większy przeciąg. Na złość. Wiem, mało to dojrzałe, ale nic na to nie poradzę. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że jestem tego w pełni świadoma i walczę z tym za każdym razem. Czyli nie biegam i nie robię przeciągu.

I nie zrozumcie mnie źle. Ja naprawdę staram się sprawić, aby nasza szkoła była i dla dziecka i dla rodzica miejscem przyjaznym, komfortowym i profesjonalnym. Jeśli tylko mogę, staram się swoją pracę dopasować i do wniosków rodziców i do indywidualnych potrzeb uczniów.
Ale gdybym chciała spełnić wszystkie ŻĄDANIA wszystkich rodziców roszczeniowych musiałabym jednocześnie: otwierać okna na oścież oraz trzymać je zamknięte, uruchamiać filmy na DVD 3D HD codziennie oraz nigdy, puszczać muzykę skoczną, spokojną, wesołą, poważną, głośną oraz wyciszającą, czytać tylko bajki i baśnie oraz tylko opowiadania oparte na faktach, nie czytać, tylko pokazywać obrazki oraz w ogóle nie pokazywać obrazków, bo zubażają wyobraźnię, czytać codziennie oraz wcale nie zamęczać (sic!) dzieci czytaniem, odrabiać z dziećmi (lub za dzieci) pracę domową koniecznie oraz absolutnie pomijać to odrabianie, zmuszać do zajęć plastycznych oraz odsuwać od zajęć plastycznych, zgadzać się bezwarunkowo na wszystko oraz wprowadzać dyscyplinę, tylko chwalić dziecko oraz tylko je poprawiać, pozwalać tylko na zabawę oraz tylko prowadzić zajęcia, wychodzić na całe dnie na podwórko oraz nie ruszać się z sali, jeździć na wycieczki najdroższe oraz oszczędzać na nich, ćwiczyć z dziećmi korzystanie z komunikacji miejskiej oraz owej komunikacji unikać jak ognia, stawiać dzieciom tylko sprawiedliwe oceny oraz bezwzględnie unikać złych ocen, a w ogóle to oceniać wszystko co się da oraz nie oceniać nic, dawać rodzicom nawet największe pierdoły na piśmie oraz nie zarzucać ich papierkami, zamykać szkołę bezpiecznie na wszystkie spusty oraz udostępniać wygodnie wszystkie wejścia, organizować zebrania najlepiej rano oraz najlepiej po pracy, wyposażać placówkę w najnowsze usprawnienia budowlane i technologiczne oraz całkowicie zaprzestać kosztownych i niewygodnych remontów… itd itd…
I nawet gdybym fizycznie mogła temu wszystkiemu sprostać, to nie wiem czy szybciej zgłupiałabym ja czy dzieci.

Okej. Rozumiem najlepsze chęci rodziców, a przynajmniej uczciwie staram się zrozumieć. Nie jestem jeszcze matką, więc prawdopodobnie wiele rzeczy mi umyka i na pewne kwestie patrzę inaczej. Niemniej jednak zakładam, że gdy już dochowam się potomstwa w wieku szkolnym, to (nawet kiedy moje szczęście okaże się najmądrzejsze, najpiękniejsze i ogólnie najcudowniejsze pod słońcem, a na pewno tak będzie) jednak dopuszczę możliwość, że w placówce masowej pewnych rzeczy zrobić się zwyczajnie nie da. Będę wiedziała (a do tego nie trzeba pracować w szkole), że plan lekcji to nie tylko plan mojego dziecka, ale również (jak w mojej podstawówce) plan ponad tysiąca innych uczniów oraz ponad setki nauczycieli. I jest fizyczną niemożliwością pogodzić wszystkie ich zachcianki, choćby najbłahsze. I gdy będę chciała, aby mój (przykładowo) muzycznie uzdolniony potomek (chociaż po rodzicach to raczej wątpliwe) chodził na zajęcia wokalne, to zrozumiem, że na te zajęcia będzie musiał, dajmy na to, czekać godzinę, bo dopiero wtedy wolna będzie sala.

Część z Was uśmiecha się zapewne pod nosem, bo to co napisałam brzmi z lekka niedorzecznie. Oczywistą oczywistością jest, że wystarczy przeciętna ilość dobrej woli oraz wyrozumiałości (z obu stron rzecz jasna), żeby wypracować korzystne dla obu stron kompromisy. Bo na przykład okna, o które kiedyś miałam awanturę, mogą przecież być uchylone, gdy na dworze jest znośnie, ale co wrażliwsze dzieci można sadzać od tego okna jak najdalej. I tak myśli rodzic rozumny i na całe szczęście przeciętny.
Problem w tym, że rodzic roszczeniowy, o którym piszę, nie ma tej dobrej woli nawet krztyny, a kompromis jest dla niego swoistą porażką. I nijak nie da się mu przetłumaczyć, że dokładnie tak, jak on chce, to być nie może. Bo on i jego dziecko są najważniejsi. Okej, dla każdego rodzica jego dziecko jest najważniejsze, to naturalne. Ale w stopniu umiarkowanym przynajmniej tolerują oni obecność i potrzeby innych dzieci oraz (ostatecznie) nauczycieli… Rodzic roszczeniowy nakrzyczy na mnie, że otwieram okno (nawet jeśli na zewnątrz jest 30+ stopni), a kiedy odmówię zamknięcia każdego okna w sali, pójdzie do dyrekcji. Gdy dyrekcja również odmówi, taki zapieniony w sobie rodzic napisze do kuratorium. Bo przecież wszystko mu się należy.

Ostatecznie udaje mi się jakoś radzić sobie z rodzicami roszczeniowymi. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że taki ktoś w podobnej postawie wychowuje swoje dziecko (lub dzieci). I tworzy kolejnego roszczeniowego obywatela. Takiego, który (korzystając z przykładów dawanych w domu) mając 11 lat potrafi powiedzieć do nauczyciela: „Bo co? Bo co mi kurwa zrobisz?”.
No cóż…